piszą o nas

  Artykuły katalog 2006:

  1. El Dorado - Wenezuela 2009
  2. Wypuszczajcie wielkie szczupaki!
  3. Norweskie szczupaki.
  4. Kanadyjska rzeka marzeń

2007

Artykuły z pozostałych katalogów - na stronie głównej CZYTELNI »

nagłówek

Artykuły z katalogów DRAGONA : KATALOG 2010 -

EL DORADO - WENEZUELA 2009

Wszystko zaczęło się w 1996 roku, od wyprawy do Tanzani. Potem był Mount Blanc, Kaukaz, Equador i w 2004 roku trzymiesięczny wyjazd do Ameryki Południowej (Argentyna, Chile, Peru, Boliwia). Ostatnia podróż była dla mnie odkryciem wędkarskim – wędkowałem w górskich strumieniach w Andach, w kanionie Colca, w najwyżej położonym jeziorze świata Titicaca, w wielkich rzekach Boliwii i na Pantanalu brazylijskim. Praktycznie tam, gdzie zarzuciłem wędkę – wyciągałem rybę!!! W roku 2005 przyszedł czas na dziką i spontaniczną wyprawę do Wenezueli i od tamtego czasu jestem tu kilka razy w roku. Korzystając ze swojego wieloletniego doświadczenia, staram się przybliżać ten piękny zakątek świata wędkarskiej braci.

   Drugiego września 2009 roku siedmioosobowa grupa wędkarzy, w tym czterech uzbrojonych po zęby w sprzęt Dragona, wyruszyła na podbój dzikich rzek Wenezueli – kraju Indian, taniej benzyny, pięknej nietkniętej przyrody i jakże barwnej postaci Hugo Chaveza. Drogą powietrzną dotarliśmy nad Orinoko, a dalej wielkim vanem nad cudowna rzekę Caura. Tam czekał już na nas mój przyjaciel Luiz. Po godzinie jesteśmy nareszcie w łódkach, moi towarzysze są zafascynowani rzeką, natychmiast dostrzegają potencjał Rio Caury. Wieczorem dotarliśmy do naszego obozu w Qukisie. To dziwne, ale po tak męczącej podroży wszyscy już o 6 rano stali nad brzegiem z wędkami. Od razu padły pierwsze zdobycze. Pierwsze na hakach zameldowały się rajado (z rodziny sumów). Ryba jest, wiec dzielimy się na trzy grupy (mamy trzy łodzie) i wyruszamy na rzekę. Pierwsze miejsce o tajemniczej nazwie DUCH obdarowuje mnie piękną payarą (6 kg) i tu praca mojego nowiutkiego HM69 powaliła mnie na kolana.

    Slider Cast okazał się uniwersalnym, niesamowicie czułym kijem. Bez problemu wyczuwałem każde dotknięcie przynęty przez rybę. Koledzy tez łowią – Krzysiek Thytan’em, a Piotr Guide Select’em. Ich wyniki nie są gorsze i praktycznie co 10 minut wyciągamy rybę. Po godzinie dwunastej dobijamy do naszych kolegów łowiących na piątej mili. Okazuje się, że chłopaki mają po kilka brań za sobą, ale ryby nie wyholowali. Nie spodziewali się takiej siły. Payarę trzeba naprawdę mocno zaciąć i wymaga ona naprawdę solidnego sprzętu. Kolejne dni przemieszczaliśmy się w góre rzeki zostawiając za sobą cywilizację o ponad 400 kilometrów za sobą. W dopływie Caury – Taboru, krajobraz i charakter rzeki zmienił się radykalnie i zaczął przypominać nasze górskie rzeki. Woda jest tu krystalicznie czysta. To oznacza jedno – królestwo bocony. Koledzy zmieniają sprzęt na lżejszy, ja postanowiłem zostać przy moim HM69. Krzysiek, Piotr i Grzegorz (zwany Loluniem) łowią Guide Select’ami. Piotr jako pierwszy postanowił wypróbować swój sprzęt. Rzut, natychmiastowe branie, zacięcie i... szczytówka cieniutkiego Guide Selecta (c.w. 5–25 g, Bandit Cast) prawie dotyka dolnika! Aż dziwne, że się nie złamał, przecież wręcz powinien. Ryba po kilku minutach wyskakuje w powietrze robiąc efektowne salto. To siedmiokilogramowa payara, której teoretycznie nie powinno tu być – a jednak. Piotr nie poddał się i wyholował jeszcze dwie payary z tego samego miejsca. Następnego dnia rano ruszamy w dół rzeki. Brania bocony są bardzo słabe i zaczyna się kombinowanie przynętami. Zmieniamy Salmiaki na blachy wahadłowe Dragona, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Do południa mamy już po kilka bocon. Ryby niewielkie – od 2 do 5 kg, ale ich waleczność jest niewiarygodna. Bocona potrafi wystrzelić w powietrze i wytrzepać przynętę z pyska w ciągu ułamka sekundy, a w wodzie wykonuje ciągłe zwroty nie męcząc się przy tym wcale. Przez cały dzień łowiłem HMem, który ponownie spisał się na medal. Wyczułem każde najdelikatniejsze mimo tego, że ciężar wyrzutowy jest dość spory (21–60 g). Zarówno rzuty blaszkami o masie 15 g jak i woblerami 90 g nie sprawiały najmniejszego problemu. Pod koniec dnia zakładam schodzącego dość głęboko woblera Salmo. Wstawiam go w mocnym nurcie blisko skały i po chwili potężne szarpniecie prawie wyrywa mi wędkę z ręki. Po kilku sekundach na mojej Okumie San Juan ubyło około 50 metrów plecionki. Ryba idzie zupełnie inaczej niż wszystkie złapane do tej pory. Już wiem, że to nie payara. Styl walki zupełnie inny. Ryba trzyma się cały czas blisko dna i głównego nurtu. W końcu, po półgodzinnej walce, wyciągam pięknego suma (bagre kajaro) o wadze 22 kg. Ta walka utwierdziła mnie w przekonaniu, że mój HM to niespotykanie wytrzymałe wędzisko.

   Kolejne dni należą do Piotra i Lalunia. To oni wyciągają największe sumy, payary, bikudy, często wymieniając się sprzętem. Mamy przecież nie oszczędzać sprzętu, lecz dogłębnie go testować. To zadanie powierzone nam przez Dragona. Po tygodniu wędkowania w Rio Caura i jej dopływach wyruszyliśmy na Rio Paragua i najlepsze łowisko na świecie – Uraima Falls. To rzeka zupełnie inna, znacznie mniej roślinności, więcej palm, przynajmniej do wodospadów, bo wyżej zaczyna się zielone, niezbadane piekło. Będziemy łowić na trolling, wiec sprzęt trzeba dostosować. W ruch idą Pilk Casty z serii Team Dragon Silver Edition (c.w. 120–300 g). Najlepsza, sprawdzona już wcześniej przynęta to wobler Salmo Whitefish SX z metalowym sterem. Uraima nie zawodzi. W pierwszy dzień padają cztery dwucyfrowki. Najwięcej szczęścia miał Krzysiek, dosłownie co dziesięć minut wyjmował piękną payarę. W drugi dzień królują Piotrek i Loluniu. Piotr zaczaił się na skale przy samym wodospadzie, gdzie odnotował kilka brań, Loluniu natomiast pływa w spienionej wodzie i co kilka minut obserwuję wygięty do granic wytrzymałości kij Dragona, a w powietrzu rozbrzmiewa piękny dźwięk hamulca wydawany przez Okumę. Szczęściarz... Po obiedzie wybraliśmy się z Piotrem do pobliskiej zatoczki blisko naszego obozowiska. Temperatura powietrza sięgała chyba 50 stopni!!! Na szczęście Dragon wyposażył nas w swoje t-shirty, koszule Geoff Anderson i kapelusze ochronne. Piotr łowi na blaszkę Dragona. Kiedy przygotowywał się do następnego rzutu, przy samym brzegu uderzyła kilkukilogramowa aymara i sekundę później kij Piotra wygina się w kółeczko. Po chwili ryba ląduje przy naszych nogach. Kilka fotek i zwracamy jej wolność. To niezmiennie za każdym razem bardzo dziwi naszych miejscowych przewodników. Kolejnym etapem jest Lago Guri, królestwo pavona, największego przedstawiciela pielęgnicowatych. O godzinie 5:00 siedzimy już w naszej łódce i obławiamy oczka pomiędzy gęstymi zaroślami. Z odległości ponad stu metrów zauważam potężny spław. Woda rozbryzguje się na ponad metr – tylko jedna ryba potrafi cos takiego. Szybko na wiosłach przemieszczamy się w to miejsce. Nasze Slidery lądują blisko brzegu i ... nic! Kolejny rzut i mój wobler wpada w błoto. Energicznym ruchem wciągam go do wody i w tym momencie metr dalej podnosi się fala wywołana przez wielki grzbiet. Pavon! Potężne szarpniecie, zacinam i zaczyna się walka. HM69 amortyzuje każdy ruch ryby, co pozwala mi utrzymać stały kontakt. W końcu pewny chwyt Piotra i ryba ląduje w lodzi, ma 7 kg. Aż trudno opisać nasze (a głównie moje) zadowolenie. Następnego dnia brodzimy w płytkiej wodzie po kolana, stojąc wśród kajmanów i pavonów. Teraz sprawdzają się blachy. Piotrek z jednego miejsca wyciąga 53 pavony, nieprawdopodobne! Reszta też ma niezłe efekty. Niestety dzień dobiega końca, a wraz z nim nasza wędkarska przygoda. Na szczęście już w kwietniu ruszamy znowu do tego wędkarskiego El Dorado.

   A sprzęt? Cóż, nic chyba nie mogło lepiej go przetestować niż payary i pavony. Okazał się niezawodny, poczynając od doskonałych okularów, odzieży (komary nie przedarły się przez koszule), a kończąc na pewnych wędkach i kołowrotkach. W przyszłym roku planujemy odkryć Boliwię w poszukiwaniu Dorado. Jestem pewien, że w tamtejszych ekstremalnych warunkach sprzęt Dragona również nas nie zawiedzie. Będzie to miesięczny spływ dziką rzeką, przez niezbadaną dżunglę w dwuosobowym pontonie. To będzie prawdziwa JAZDA!

Paweł Mamoń